Czułam jakbym spadała w przepaść, która nie ma dna.
A szkoda. Bo czasami trzeba spaść tak żeby roz*ierdolić sobie głowę i wywołać dookoła trzęsienie ziemi. Czasami pomaga. Ale dna nie było. Nikt nie złapał mnie za rękę. Nie rozścielił materaca. Nie dał spadochronu. Opanowała mnie pustka. Stałam na rozstaju dróg i którąkolwiek bym nie wybrała, każda była tą niewłaściwą. Przestałam więc toczyć walkę ze światem i z samą sobą. Jasne stało się dla mnie, że nie ma różnicy pomiędzy istnieniem, a nieistnieniem. Mogłabym wtopić się w spadający śnieg, stworzyć z nim jedną warstwę, a później rozpuścić się, wsiąknąć w ziemię i po prostu zniknąć. Przestało być ważne cokolwiek. A może po prostu nic nigdy ważne dla mnie nie było. Mówisz żebym opisała swój ból. Uwierz Kochanie, gdybym pozwoliła mu wyjść z mojego serca, zginęlibyśmy oboje od jego ogromu. I Twój świat także przestałby istnieć. A to przecież jedyny świat w jaki jeszcze wierzę.
Polubili:
xbogix5
Użytkownicy także przypinają:




























Hellas26
Cieniutkie osoby tam stoją za drzewem :-)